AKTUALNOSCI
Relacje z wypraw:
Canada Adventure 2007 - Marcin Gienieczko
Polish Nanga Parbat Winter Expedition (1997/1998)
Gaherburn I i II - Pakistan (1997)
Rejs Bank BPH - Roman Paszke (2004)
Rejs 2000 Warta-Polfarma - Roman Paszke (2000/2001)
Aconcagua '99
Pontonem przez Atlantyk - Arkadiusz Pawełek (1998)
K2 Expedition - Krzysztof Wielicki (1996)
Pontonem dookoła Bałtyku - Marek Kamiński (2005)
Andy 2000 - Piotr Witosławski, Monika Pyznarska
Alaska 98 Polish Expedition - Piotr Witosławski, Monika Pyznarska
Spitsbergen - Arktyczne Lato - Piotr Witosławski (1996)
Wrzeciono Spitsbergenu (1997)
Spitsbergen '98 - Studencka wyprawa przyrodnicza
Ural Polarny - Łukasz Jakóbkiewicz (1999)
Netia K2 - Polish Winter Expedition (2003/2004)
Shisha Pangma - Piotr Morawski & Simone Moro (2005)
Razem na biegun - Marek Kaminski & Jaś Mela (2004)
Mackenzie River 2004 - Marcin Gienieczko
Lion Yukon River - Marcin Gienieczko (2003)
Pontonem przez Atlantyk - Arkadiusz Pawełek (1998)

Drogi przyjacielu! Jeżeli wybierasz się pontonem przez Atlantyk, ten tekst być może odwiedzie Ciebie od tak zwariowanego pomysłu. I nie jest to czcza gadanina. Wiem, bo go przepłynąłem.

ORGANIZACJA

Przygotowanie takiej ekspedycji, jak wyprawa pontonem przez Atlantyk wymaga, niestety, dosyć dużego zaangażowania finansowego. Bez pomocy sponsorów nie miałbym szans na zgromadzenie sprzętu i wyposażenia do realizacji wyprawy. Skończyły się czasy realnego komunizmu, mamy nie mniej realny kapitalizm, gdzie każdy potencjalny sponsor musi sobie wyliczyć ile zarobi na inwestowaniu w wyprawę. Ekspedycja musiała przynieść rozgłos. Wniosek - musiałem znaleźć patrona medialnego, którego poparcie będzie magnesem dla firm. Dlatego zdecydowałem się na Playboya, który z kolei zdecydował się na firmowanie mego nieco szalonego przedsięwzięcia. Uzbrojony w pismo podpisane przez redaktora naczelnego ruszyłem szukać sponsorów.

PONTON

Najważniejszy był oczywiście ponton. Najbardziej znany mi był dawny Stomil Grudziądz, obecnie Delfa. Chwyciłem słuchawkę i wykręciłem odpowiedni numer telefonu. Miła pani, po przedstawieniu całej sprawy, zgodziła się na przesłanie katalogu wyrobów, lecz z góry uprzedziła, że ich największy ponton, długości ok. 4,5 metra jest robiony tylko na indywidualne zamówienia. Jeżeli chcę go zobaczyć, muszę sobie taki ponton kupić. W tej dosyć trudnej sytuacji z pomocą przyszedł mi przyjaciel z harcerstwa, który poprzez Waldka Mieczkowskiego z CWM ZHP w Gdyni skontaktował mnie z Ludwikiem Vogtem - szefem marketingu w Sportisie, gdyńskiej firmie produkującej pneumatyki. Tutaj sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Zaprowadzony na halę produkcyjną mogłem wybrać najlepszy dla moich celów model i określić zakres przebudowy mającej przystosować ponton, skonstruowany przecież do pływania na silniku, do napędu wiatrowego. Vogt zażądał tylko jednego - tygodnia czasu na zastanowienie. Gdy po siedmiu dniach rozległ się głos dzwonka, po podniesieniu słuchawki usłyszałem krótkie zdanie - "Panie Arku, wchodzimy w to".

WYŻYWIENIE

Problem koryta był zasadniczy. Nie miałem złudzeń. Może *Bombardowi udało się przepłynąć Atlantyk na diecie silnie rybnej, mi może się to nie udać (jak, do cholery, łowi się ryby?!). Konserw nie miałem co zabierać. W warunkach pontonowych blacha puszek szybko przerdzewieje. Jedyną alternatywą wydawały się zupki w proszku. Na szczęście przyjaciel z "Żołnierza Polskiego", Piotrek Bernabiuk, pomógł mi w skontaktowaniu się z jedynym polskim producentem żywności liofilizowanej - kieleckim Lyovitem. Ku mej radości zgodzili się na zasponsorowanie prowiantu na cały planowany okres wyprawy - 90 dni. Dostałem od nich gotowe zestawy mięsno - warzywne, jak też przyprawy, owoce i desery owocowe.

UBRANIE

Jedynym logicznym wyborem było ubranie termoaktywne, czyli "oddychające". Na uszycie całego zestawu ubrań polarowych zdecydowała się firma Trango. Kurtki i spodnie wykonane zostały na miarę. Przymierzając je pierwszy raz nie sądziłem, że kiedyś uratują moją skórę. Wierzchnią ochronę ,czyli jak to mówią Anglicy "foul weather gear", przygotował LM z Konina. Kurtka i spodnie, zupełnie nowy model, zostały uszyte z goretexu. I to nie takiego zwykłego, dla potencjalnego Kowalskiego, tylko ze specjalnego, przeznaczonego na szycie ubrań ochronnych, mających zabezpieczyć użytkownika przed wpływem najcięższych warunków pogodowych. Zestawu dopełniały goretexowe buty Haix, model GSG9, ten sam, którego używają antyterroryści.

ELEKTRONIKA

Nie było tego wiele. Najważniejszym elementem był GPS. Zdecydowałem się na najprostszy (a zarazem najtańszy) model z oferty Garmina - GPS 12. Na jednym komplecie litowych paluszków przepłynąłem cały Atlantyk. Podczas przerwy na Wyspach Kanaryjskich dokupiony został jeszcze jeden identyczny Garmin, tak na wszelki wypadek. Ponadto, jeszcze przed wyjazdem z Polski, zaopatrzyłem się w radiostację UKF Icom M 15 - nie sprawdziła się, oraz radioboję ratunkową EPIRB KANNAD 406 S. Też zawiodła w najtrudniejszym momencie. Całość elektroniki dopełniało kilka odbiorników radiowych z pełnym zakresem fal krótkich. Najlepiej sprawował się najprostszy Grundig Yacht Boy. Nieco bardziej wyrafinowane Sony nie wytrzymało ciągłej wilgoci.

WYPOSAŻENIE NAWIGACYJNE

Szczerze mówiąc (a raczej pisząc), to najistotniejsze były? książki. Trzeba było się z czegoś nauczyć tej nawigacji. Nie to żebym żył do tej pory w jakimś wyimaginowanym świecie, gdzie nie istnieją takie pojęcia jak północ, południe, kompas, mapa i Wielki Wóz. Kiedyś nawet trenowałem nawigację podwodną w klubie płetwonurków, lecz nawigacja niejedno ma oblicze?podobnie jak kobieta. Ale wracając do książek, zabrałem ze sobą kilkanaście podręczników, z których najważniejszymi okazały się: "Nawigacja prosta, łatwa i przyjemna" Urbańczyka i "Żeglowanie w warunkach sztormowych" Adlarda Coles'a. Ponadto wyposażyłem się w dwa tomy locji opisujące praktycznie cały akwen, po którym miałem żeglować, od Północnej Afryki, po Karaiby i Amerykę Południową i mapy - generalkę południowej części północnego Atlantyku i podejściówkę Barbadosu. Kierunek wskazywała stara busola wyciągnięta kiedyś z transportera opancerzonego SKOT. Czas - dwa zegarki, jeden z komputerem nurkowym Citizena (cholera, do tej pory żałuję, że mi się utopił po drodze), i drugi plastikowy Casio, znaleziony kilka lat temu na plaży wyspy Phi Phi (ten przetrwał wszystkie perypetie). Na Kanarach od przyjaciół dostałem jeszcze plastikowy sekstant Ebbco i almanach, co pozwoliło mi na praktyczną naukę nawigacji metodą równoległych pomiarów słońca. Jak to uczenie brzmi! Całości dopełniał ołówek i linijka i cyrkiel (bynajmniej, nie nawigacyjny).

WODA

Problem zapasu wody spędzał mi sen z powiek. Na szczęście dosyć krótko. Z publikacji (i doświadczenia) wiedziałem, że na dobę powinno mi wystarczyć 2 litry dziennie. Trasa wyprawy była planowana na 2 etapy: pierwszy - Kadyks - Wyspy Kanaryjskie, odległość ok. 700 - 800 mil, czyli nie więcej niż miesiąc żeglugi, biorąc pod uwagę moje prawie zerowe doświadczenie w żeglowaniu; drugi - Kanary - Barbados - ok. 3000 mil, szlakiem passatowym. *Bombardowi przepłynięcie z Las Palmas na Barbados zajęło 65 dni. Ja założyłem sobie, że pokonam tą trasę w podobnym terminie. Prosta kalkulacja - 65 dni pomnożone przez 2 litry dziennie dają 130 litrów. Jeśli weźmie się pod uwagę, że po drodze powinny padać deszcze, szczególnie po zejściu poniżej N 20°, to mogę zmniejszyć ten zapas do 120 litrów i jeszcze powinno coś zostać na czarną godzinę. I tyle właśnie wody zabrałem ze sobą na pokład "Ceny Strachu".

NAPĘD

Jedyny możliwy - wiatrowy. Żagle (fok, grot, i genaker) uszyte zostały w Ocean Sails. Wszystkiego po jednej sztuce. Ich powierzchnia była tak mała, że nie było sensu zabierać zapasowych (przecież nawet wichura nie podrze chustki nosa!). Ponadto zabrałem wiosła. Te od początku miały służyć do jednego celu: oganiania się od rekinów, gdyby takowe miały apetyt na gumę z mojego pontonu, co zresztą wydawało mi się mało prawdopodobne. Ale? Mój sławny poprzednik miał trochę problemów z tymi zwierzakami, trzeba się było przygotować i na taką ewentualność. Dwumetrowe, solidne drzewce wydawało mi się odpowiednim antidotum na kreatury chcące zawrzeć bliższą znajomość. Ach, zapomniałbym! Na Kanarach uszyty został jeszcze jeden żagiel - spinaker, do którego dorobiłem oryginalny spinakerbom (w zasadzie można to nazwać rejką). Może ten żagiel nie był najpiękniejszy, trochę pomarszczony, ale za to niezwykle skuteczny. To głównie dzięki niemu osiągałem przebiegi dobowe do 106 mil! No i sterowanie. W pierwszym etapie samosterowność osiągałem tylko dzięki odpo-wiedniemu ustawieniu żagli i zamocowaniu rumpla albo? nie osiągałem jej wcale - przy wiatrach od rufy. Przed zasadniczym odcinkiem postanowiłem ten problem jakoś rozwiązać. I znowu z pomocą przyszedł poznany na Kanarach Holenderski przyjaciel, Kees van der Staaij, który z Anglii przytargał mi książkę o samosterach. Po jej lekturze zrobiłem z kawałków aluminium, sklejki, płótna żaglowego, linki, paru bloczków i paru kilogramów ołowiu samoster. Byłem z niego niezwykle dumny tym bardziej, że działał. Dla zainteresowanych: był to system z osią poziomą podłączany bezpośrednio do rumpla.

BEZPIECZEŃSTWO

Tutaj pewnie wiele osób ryknie śmiechem. Jak można mówić o bezpieczeństwie, gdy rusza się na ocean w gumowej łupinie, nie mając na dodatek żadnych uprawnień (lub, jak kto woli, doświadczeń)? Dla mnie sprawa nie była tak skomplikowana. Wypływałem przecież na: primo - pontonie ratowniczym, secundo - na własne oczy widziałem na planach pontonu napisane było "propozycja przystosowania pontonu ŁR 6 do żeglugi oceanicznej". Podpisano dr inż. Jacek Centkowski. Wniosek? Dysponowałem miniaturowym, może niezbyt luksusowym, ale jednak transatlantykiem! A uprawnienia? Te były niezbędne w Polsce. W Hiszpanii nikt nie pytał się o patenty. Sprzęt ratunkowy. Było tego trochę. Zacznę od wspomnianej już wcześniej radioboi. Ponadto zabrałem cały arsenał flar, dymów i pochodni (białych i czerwonych). Na topie masztu zamocowany został reflektor radarowy. Do kamizelki asekuracyjnej, wyposażonej w zintegrowane szelki bezpieczeństwa, przypięta zo-stała lampa stroboskopowa ACR.

DOKUMENTY

Najważniejszym i jedynym wymaganym na całej trasie był paszport. Formalności? Celnych - żadnych. A inne? Pierwszy stempel, od przekroczenia granicy Polsko - Niemieckiej, gdy ciągnąc na przyczepie "Cenę Strachu", wjechałem na terytorium Unii Europejskiej, wbito mi do paszportu po dopłynięciu do Barbadosu. Więcej problemów miałem z wprowadzeniem na polski obszar celny pontonu wracającego już z wyprawy!

ROZRYWKA

Psychika jest nie mniej ważna niż zdrowie fizyczne. Dyskoteki nie mogłem sobie urządzić (nie cierpiałem z tego powodu - i tak nie lubię chodzić na przytupawy), ale inne formy rozrywki były bardzo pożądane. Dlatego zabrałem ze sobą kilka odbiorników radiowych. Po zachodzie słońca mogłem odbierać nawet polskojęzyczne stacje! Dwie. Nie powiem jakie, bo mogę zostać posądzony o kryptoreklamę. Ponadto miałem na pokładzie worek książek m. in. "Z goryczy soli moja radość" Remiszewskiej, "Dobrowolny rozbitek" Bombarda i "Kon Tiki" Heyerdhala. Całości zestawu kulturalno-oświatowego dopełniał walkman i kilka kaset, z których najpopularniejsze były Elektryczne Gitary i "Co ja tutaj robię", The Clash i The Cure.

REALIZACJA

Trudno jest opisać w paru słowach to przedsięwzięcie. Obawiam się, drogi Czytelniku, że na pełniejszą relację będziesz musiał trochę poczekać - do wydania książki (a co! Każdy pisać może, trochę lepiej, lub trochę gorzej). Tymczasem niech wystarczy Ci Kalendarium Wyprawy. W dużej mierze zerżnięte zresztą z tekstu mojego przyjaciela Piotrka Bernabiuka z Żołnierza Polskiego:

Kalendarium Wyprawy PONTONEM PRZEZ ATLANTYK - ATLANTYK '98

Rok 1997 - Arkadiusz Pawełek na konferencji prasowej w Warszawie ogłasza zamiar przepłynięcia pontonem przez Atlantyk. Na ten temat wypowiadają się autorytety. Jedynie Jacek Pałkiewicz uważa, że ekspedycja ma szanse powodzenia. Rozpoczyna się mozolny proces zdobywania sponsorów i przekonywania opinii publicznej.

20 maja 1998 - W Pucku następuje wodowanie pontonu, któremu podczas chrztu zostaje nadana nazwa "<span lang="PL" style="BORDER-TOP-WIDTH: medium; BORDER-RIGHT: medium none; BACKGROUND-POSITION-X: 0%; LEFT: 0px; BORD
Pocztówki od Arkadiusza Pawełka: